Bone Tomahawk (2015)

Pamiętam dobrze, że pierwszy seans Bone Tomahawk Craiga Zahlera był dla mnie niczym objawienie. Nagle pojawił się film, który mocno zanurzony w estetyce klasycznego westernu opowiada brutalną, aczkolwiek dość prostą historię będącą czymś, czego nie widziałem nigdy wcześniej. Choć mówienie o tym tytule jako prostym jest wobec niego nieco uwłaczające, gdyż takowy jest tylko pomysł wyjściowy. Ostatecznie jest to jeden z najciekawszych, najbardziej zniuansowanych tytułów ostatnich lat.

Dlatego też powrót do niego po kilku latach, bo widziałem go w okolicach premiery, okazał się wciąż wyjątkowym przeżyciem. Być może nawet mocniejszym niż za pierwszym razem, gdyż w drodze naturalnej ewolucji kulturowej zrozumiałem go lepiej i mogłem wyekstrahować z tej historii zupełnie nowe wątki. Dziś wiem, że nie jest to tylko film nawiązujący do pulpowej twórczości literackiej Zahlera, ale coś, co wnosi na wyżyny jego reżyserskie umiejętności.

Bone Tomahawk charakteryzuje się wyjątkowo długim czasem trwania, choć jak wspomniałem na początku, pomysł wyjściowy jest dość oszczędny. W małym miasteczku Bright Hope szeryf Franklin Hunt (Kurt Russell) jest sympatycznym głosem prawa, któremu pomaga jego zastępca Chicory (Richard Jenkins). Kowboj Arthur O’Dwyer (Patrick Wilson) i jego piękna żona Samantha (Lili Simmons) niedawno zamieszkali w miasteczku, gdy ten pierwszy złamał nogę podczas niefortunnego wypadku.

Samantha, jako kobieta z doświadczeniem medycznym, zostaje wezwana do lokalnego więzienia, aby spędzić noc opiekując się rannym przestępcą Purvisem (David Arquette). Wygląda na to, że Purvis i jego zmarła kohorta zbezcześcili miejsce pochówku prymitywnego klanu okrutnych troglodytów, którzy przybywają do Bright Hope i porywają kilku mieszkańców, w tym żonę Arhtura. Teraz szeryf wraz z rannym mężem pojamnej kobiety muszą zebrać ekipę i ruszyć z misją ratunkową.

Z łatwością można nazwać Bone Tomahawk westernem rewizjonistycznym, biorąc pod uwagę jego realizm i obalenie gatunkowych stereotypów. Można odnieść wrażenie, że Zahler po prostu tworzy swój własny świat na Dzikim Zachodzie. Nie ma tutaj miejsca na polityczną poprawność, która patrząc na przyszłe dokonania tego reżysera chyba stoi mu kością (mrugam okiem do tych, którzy widzieli film) w gardle. Jedyny czarnoskóry aktor robi tutaj za stajennego, rdzenny mieszkaniec za sprzedajnego wobec własnego ludu wyrzutka, a banda Meksykanów to po prostu złodzieje i mordercy. Cała reszta obsady jest śnieżnobiała.

I pewnie byłoby to dla mnie poważną wadą, bo jednak lubię w kinie miks kulturowy, ale w przypadku filmu Zahlera stwierdzam, że jest to elementarny element tego dzieła. Bo spod każdego wysuszonego kamienia, w każdym nawet błahym dialogu, których film ten jest pełen, wydziera na nas melancholia tęsknota za kinem, które dziś już nie ma prawa bytu. Jeśli miałbym już zamykać go w ramach jakichś filmoznawczych terminów, to powiedziałbym, że jest to nostalgiczny western z elementami brutalnego horroru. Ale reżyser ma także świetne poczucie humoru, co daje tej imponującej obsadzie mnóstwo okazji do rozkoszowania się ciętymi ripostami rzucanymi tutaj niczym z rękawa.

Kurt Russel, Patrick Wilson i Matthew Fox idealnie wpisują się w ramy świata przedstawionego i co najważniejsze, tworząc raczej dość stereotypowe postacie, mają fantastycznie nakreślone tło. Dlatego też od samego początku jesteśmy w stanie im kibicować i przeżywać niebezpieczną podróż przez spalone słońcem Pogranicze. A podróż ta jest do granic wręcz rozciągnięta, tworząc namacalny, duszny klimat filmowej ciszy przed burzą. Kiedy jednak już uderza pierwszy piorun, zaczyna się prawdziwy horror, którego zdradzenie tym, którzy filmu nie widzieli, jest zbrodnią. Powiem tylko, że kule latają, kończyny zostają odcięte a korpusy rozprute. Kiedy po raz pierwszy oglądałem Bone Tomahawk, musiałem odwracać wzrok w pewnych momentach, dziś może nie było aż tak srogo, ale nawet wytrawni widzowie mogą poczuć poruszenie w jelitach.

Z perspektywy czasu Bone Tomahawk stanowi potwierdzony późniejszymi dokonaniami reżysera symbol jakości, jakim charakteryzują się jego filmy. To western na wskroś współczesny, jednakowo będący ukłonem w stronę tego, co było. Melancholijna ballada o Dzikim Zachodzie, która z biegiem czasu ustępuje brutalnej zabawie w horror spod znaku „shockera”. Ale jest to również imponujący pokaz tego, jakim dobrym reżyserem jest Zahler, który potrafi z tak prostej w swych założeniach historii wykrzesać film, który dla mnie jest jednym z najlepszych dzieł powstałych po 2010 roku. Będę wracał jeszcze nie raz i Wam również polecam.

Oryginalny tytuł: Bone Tomahawk

Produkcja: USA/Wielka Brytania, 2015

Dystrybucja w Polsce: wistechmedia.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *